100 najlepszych filmów zagranicznych 2010-2019. Miejsca 91-100

Kończą się lata 10. XXI wieku. Jak będą one pamiętane w kinie? Które tytuły zostaną na dłużej w pamięci? Jakie zasłużą na miano klasyków? To pokaże czas, póki co możemy uporządkować to, co obejrzeliśmy przez ostatnie dziesięć lat, wybierając najlepsze 100 filmów mijającego dziesięciolecia. To zestawienie jest również analizą pracy pamięci. Wiele z tych tytułów widziałem lata temu, nie wracając do nich. Dziś są dla mnie raczej widmami, mglistymi wyobrażeniami, przez co widzę je inaczej – niektóre z nich urosły przez ten czas w moich oczach, inne nieco przyblakły. Finalny kształt tego zestawienia odzwierciedla moją pamięć o minionej dekadzie – składają się na nie filmy, które najczęściej do mnie wracają, gdy przymknę oczy. Zobaczcie, jakie filmy zajęły miejsca od 91 do 100.

100. Ad Astra

Podobnie jak w przypadku zestawienia polskiego, stawkę zamyka film, który wciąż jest wyświetlany w kinach. To przypadek. Ale nieprzypadkowo „Ad Astra” finalnie znalazła się w tym zestawieniu. To kino zlepione z paradoksów, które tworzą spójną całość – jest tu i intymność rodzicielskiej relacji, jak i epicki rozmach wizjonerskiego science-fiction. To była bardzo dobra dekada dla kina Sci-fi, a „Ad Astra” to tylko potwierdziła.

Recenzja: Wydawałoby się, że „Ad Astra” Jamesa Graya to film, który nie ma prawa się udać – składa się bowiem z paradoksów i sprzeczności. Jest filozofującą powiastką nakręconą w scenografii science fiction, łączącą rozmach kina epickiego z wyjątkową intymnością uczuć. Nie brakuje tu akcji rodem z kina przygodowego, elementów horroru, ale też wyczulenia na najdelikatniejsze emocje rysujące się na pokazywanej w wyjątkowo bliskich planach twarzy Brada Pitta. „Ad Astra” jest jak wyprawa w nieznane, podczas której bliskie okazuje się najbardziej obce, a najodleglejsze zakątki galaktyki stają się domem. Czytaj dalej.

99. Czerwony żółw, reż. Michael Dudok de Wit

Mijająca dekada była znakomita dla kina animowanego. ‚Czerwony żółw’ jest tego jednym z najlepszych przykładów. Minimalistyczny, symboliczny, a przy tym imponujący wizualnie i wieloznaczny. Film Michaela Dudok de Wita jest pierwszą kooperacją kultowego, japońskiego Studia Ghibli z producentami zachodnimi. Ta fuzja kulturowych i artystycznych horyzontów zakończyła się stworzeniem dzieła niemal wybitnego.

Recenzja: Ta animacja jest małym, minimalistycznym arcydziełem. Choć to słowo wybitnie do tego filmu nie pasuje, ze względu na skromność tej animacji. Choć wizualnie zapiera dech, opowiadana historia jest niezwykle prosta. Można ją jednak interpretować na różne sposoby – również ze względu na jej oszczędność.  Czytaj dalej.

98. Vox Lux, reż. Brady Corbet

Jeden z najbardziej niedocenionych filmów tego roku, a może i nawet dekady. Dzieło ambitne, o szerokim artystycznym geście, a przy tym niezwykle przenikliwe i łapiące ducha czasu. Tylko ktoś niezwykle pewny siebie byłby w stanie stworzyć dzieło tak wizjonerskie i odważne. Dobrze, że Brady Corbet skromnością nie grzeszy.

Recenzja: Brady Corbet to niezwykle ambitny twórca. „Vox Lux” to już jego drugi film, w którym artystyczna wizja jest zakrojona na niezwykłą skalę, choć, paradoksalnie, ponownie dzieło można zakwalifikować jako kameralny dramat. W swoim debiucie – „Dzieciństwie wodza” – miał ambicję metaforycznego podsumowania XX wieku – epoki totalitaryzmów. „Vox Lux” ma podobne cele, tym razem chodzi jednak o uchwycenie specyfiki wieku XXI. Czytaj dalej.

97. Mięso, reż. Julia Ducournau

Kanibalistyczny horror, a jednocześnie znakomita metafora miłości, trudów dojrzewania i piekła relacji rodzinnych. Bezpardonowy, jeden z najbardziej wyrazistych debiutów dekady, który niezwykle smacznie miesza kino artystyczne z gatunkowym, wynosząc oba na wyżyny swoich możliwości. Wielokrotnie podczas seansu zrobi wam się niedobrze, ale nie będziecie potrafili oderwać oczu!

Recenzja: Wszyscy jesteśmy kanibalami miłości. A przynajmniej tak wynika ze znakomitego debiutu Julii Ducournau. Miłość łączy się z bólem i zostawia trwałe ślady, łączy się przecież również z fizyczny łaknieniem cudzych ciał, odciska swoje fizjologiczne piętno – wiąże się z bólem pierwszego razu, napięciem pożądania, narastającym podnieceniem. O tym wszystkim i nie tylko, bo wykorzystywana metaforą jest o wiele bardziej pojemna, opowiedziała Francuzka w niezwykle oryginalnym „Mięsie”. Czytaj dalej.

96. Creed. Narodziny legendy, reż. Ryan Coogler

Gdy wydawało się, że Rocky, podobnie jak kino pięściarskie, to melodia przeszłości, pojawił się on – potomek Apollo Creeda i nieźle namieszał. Creed to znacznie więcej niż hołd dla kultowej serii z Sylvestrem Stallonem w roli głównej, to znakomicie zrealizowane, bardzo aktualne i wielowarstwowe kino zarówno sportowe, jak i społeczne.

Recenzja: „Creed. Narodziny legendy” zapoczątkował tegoroczną lawinę spin-offówrebootówsequeli i innych tworów, bazujących na popularności swoich pierwowzorów. Mam nadzieję, że pozostałe produkcje dostosują się do poziomu, który zaprezentował film Ryana Cooglera. Jednak trudno będzie im to osiągnąć, gdyż kontynuacja losów sławnego Rocky’ego Balboa postawiła poprzeczkę niezwykle wysoko. Już na wstępie można zdradzić, że polscy dystrybutorzy mieli rację, dopisując do oryginalnego „Creed” podtytuł: „Narodziny legendy”. Rzeczywiście, nowy bohater popkultury, z wielką pomocą starego władcy wyobraźni, narodził się i jak wiemy już z najświeższych plotek, zbyt szybko nie da o sobie zapomnieć. Czytaj dalej.

95. Mustang, reż. Deniz Gamze Erguven

Jeden z najbardziej emblematycznych filmów dla mijającej dekady – oddający spojrzenie kobietom, spoglądający na ich problemy ich okiem. Bo choć Erguven przenikliwie prześwietla swoją własną, tradycyjną kulturę – turecką – to wyciągnięte przez nią wnioski mają zastosowanie również do społeczeństw zachodnich. „Mustang” to sztandarowy przykład kina ery #metoo, powstały jeszcze przed zawiązaniem się tego ruchu.

Recenzja: Ostatni dzień szkoły, upalne lato. Pięć dorastających sióstr tym razem postanowiło wrócić do domu na piechotę, rozkoszując się pięknym dniem. Po drodze mijają plażę, na której spotykają znajomych. Dołączają się do zabawy. Kąpią się, przepychają w wodzie, śmieją się i cieszą własną młodością i beztroską. To, jakże niewinne wydarzenie, Deniz Gamze Ergüven uczyniła punktem wyjścia swojego subtelnego, a zarazem wstrząsającego „Mustanga”. Czytaj dalej.

94. Pokój, reż. Lenny Abrahamson

Jeden z największych arthouse’owych przebojów dekady, który wylansował dwie gwiazdy – Brie Larson i Jacoba Tremblaya. Ten minimalistyczny, bo zamknięty w jednej przestrzeni tytułowego pokoju, film jest przykładem sukcesu amerykańskiego undergroundu i wdzierania się małych filmów na oscarową arenę. Obok wspomnianych aktorów, ‚Pokój’ stworzył jeszcze jedną postać – reżysera Lenny’ego Abrahamsona, na którego kolejne filmy czeka się z wypiekami na twarzy.

93. Kapitan Phillips, reż. Paul Greengrass

Film Paula Greengrassa wymiernie przyczynił się do wzrostu świadomości, że piraci nie są melodią przeszłości i domeną filmów z Johnym Deppem. Z charakterystycznym dla siebie nerwem i realizmem przedstawił autentyczną historię heroicznej walki tytułowego kapitana ze współczesnymi łupieżcami statków transportowych. „Kapitan Phillips” to w równiej mierze znakomite kino, trzymające w napięciu od początku do końca, jak również dzieło polityczne, uczulające na problemy współczesnej Afryki.

92. Zimowy sen, reż. Nuri Bilge Ceylan

Nuri Bilge Ceylan to bez wątpienia jeden z najważniejszych twórców ostatnich dziesięciu lat. W mijającej dekadzie podpisał trzy filmy – ‚Pewnego razu w Anatolii’, ‚Dziką gruszę’ i właśnie ‚Zimowy sen’, który uważam za najwybitniejszy w jego dorobku. Najjaskrawiej ukazuje to, co najciekawsze i najlepsze w stylu Turka – umiejętność łączenia poezji z zupełnie nieoczekiwaną gatunkową konwencją i przenikliwe prześwietlanie spraw ważnych społecznie poprzez historie rodzinne i intymne. Monumentalny „Zimowy sen” hipnotyzuje, wciąga i ostatecznie – oszałamia.

91. Łotr 1 – Gwiezdne Wojny. Historie, reż. Gareth Edwards

Mijająca dekada to również czas tryumfalnego powrotu Gwiezdnych Wojen – oczekiwanego przez wielu i jeszcze większą ilość osób przerażającego. Bano się pogrążenia dorobku kultowej serii, ale ostateczny efekt przerósł chyba oczekiwania wszystkich. Jeszcze większym zaskoczeniem było to, że pierwszy z zapowiadanej serii spin-offów okazał się dziełem tak spełnionym i twórczym – znakomicie łączącym nostalgię, szacunek dla przeszłości z zupełnie nowymi historiami i rozwiązaniami. „Łotr 1” potwierdził, że Gwiezdne Wojny będą miały życie po zakończeniu sagi.

Recenzja: „We’re home, Chewie” – mówił Hans Solo do swojego druha Cheewbacci w zeszłorocznym, VII epizodzie gwiezdnej sagi. Choć uważam „Przebudzenie Mocy” za bardzo udany powrót do starych znajomych z „Gwiezdnych wojen”, to dopiero podczas seansu „Łotra 1” Garetha Edwardsa poczułem się naprawdę jak w domu – jakbym przeniósł się do krainy dzieciństwa. Czytaj dalej.