Zabawa, zabawa, reż. Kinga Dębska

W końcu! Ktoś w polskim kinie nareszcie zauważył, że alkohol nie jest tylko problemem polskiej prowincji, że nie piją tylko mężczyźni i to niekoniecznie dobrze sytuowani. Do tej pory pili rolnicy, małomiasteczkowi weselnicy, ewentualnie artyści i sfrustrowani inteligenci. Kinga Dębska  naruszyła społeczne tabu. Bez pardonu pokazała, że alkohol to nie tylko wóda i jabole, że uzależnić mogą się również świetnie prosperujące kobiety sukcesu, że równie skutecznie można się sponiewierać drogimi drinkami czy winem w eleganckiej restauracji. Ale ta przełomowość projektu Dębskiej okazała się jednocześnie jego przekleństwem. „Zabawa, zabawa” jako film pionierski zadowolił się samym poruszeniem wcześniej nieobecnego problemu. Ucierpiała na tym wartość artystyczna filmu.

Dębska opowiada równolegle o trzech kobietach w różnym wieku, ale z tym samym problemem – alkoholem. Najmłodsza – Magda – jest studentką, która przyjechała do Warszawy z prowincji. Duże miasto okazało się oferować nie tylko perspektywy rozwoju, ale również niedostępne do tej pory rozrywki. Dorota jest natomiast świetną prokuratorką, która wydaje się wieść życie idealne. Spełnia się w pracy, ma cudownego synka, piękny dom i troskliwego męża. Idyllę psuje jednak alkohol, wpędzający kobietę raz za razem w najróżniejsze kłopoty i objęcia różnych mężczyzn. Najstarszą z nich – Teresę – poznajemy, gdy odbiera prestiżową nagrodę dla „Lekarza z sercem”. Jest świetną specjalistka od chirurgii dziecięcej, cieszy się szacunkiem i uznaniem. Straci wszystko, gdy pewnego dnia przyjdzie do pracy „po spożyciu”.

Każda z tych historii ma taką samą strukturę. Zaczyna się od traumatycznego wydarzenia spowodowanego nadużyciem alkoholu, następnie dochodzi do zdiagnozowania problemu alkoholizmu bohaterki i próby jego rozwiązania. Ta powtarzalność okazuje się kulą u nogi tych krótkich opowieści, które nie sumują się w większą, mozaikową całość, lecz składają się na nużącą repetycję. Zróżnicowanie wiekowe bohaterek pokazało jedynie, że analizowany problem występuje zarówno u studentek, jak i starszych pań – alkoholizm nie zna wieku, poziomu usytuowania, geografii, ani wykształcenia. I w sumie to by było na tyle jeśli chodzi o pomysł Dębskiej na swój film.

Problemem reżyserki jest również nadmierna sympatia do swoich bohaterek, bo spycha winę za ich chorobę na wszystkich dookoła, a jednocześnie nie daje im spaść na samo dno. Magda pije, bo pochodzi z małego miasteczka i w ten sposób odreagowuje życie w konserwatywnej rodzinie. Dorota imprezuje, bo kiedyś zdradził ją mąż. Natomiast problem Teresy wziął się z chronicznej samotności i trudności z dogadaniem z dorosłą córką. Zamiast wiwisekcji alkoholizmu otrzymujemy uproszczone portrety psychologiczne trzech kobiet, które na różne sposoby nie radzą sobie ze swoim życiem. Jest w tym jakiś fałsz, próba zbyt łatwego usprawiedliwienia kobiet, zepchnięcia odpowiedzialności. Rzecz nie w tym, by kogokolwiek piętnować, ale taka konstrukcja fabuły wiedzie ku zbyt mechanicznym rozwiązaniom. Ostatecznie ma się bowiem wrażenie, że alkohol zawsze pojawia się wtedy, gdy kobiety doświadczają w swoim życiu niezawinionego bólu.

Siłą rzeczy „Zabawę, zabawę” porównuje się z poprzednim hitem Dębskiej – „Moimi córkami krowami”. Reżyserka ponownie chciała stworzyć kino środka, równoważąc tragedię komedią. Efekt tym razem okazał się jednak znacznie słabszy. Scenariusz zawiera w sobie kilka żartów, ale wyglądają na dopisane naprędce, bo ich źródłem są tylko dwie postacie policjantów, zespalających opowiadane historie. Nieudane dowcipy rzutowały również na część dramatyczną. Ta w konsekwencji również okazała się znacznie mniej angażująca. W opowiadanych historiach brakuje czegoś zaskakującego, faktycznie dramatycznego, wręcz wstrząsającego. Alkoholizm w każdym z tych przypadków jest zbyt estetyczny, a przy tym zwyczajny, banalny. Być może taki był zamiar, ale to spowodowało, że film stracił na sile rażenia.

Dębska potrafi mówić o sprawach dotykających każdego z nas w sposób oryginalny i angażujący – co udowodniła „Moimi córkami krowami”. „Zabawie, zabawie” z pewnością nie można odmówić świeżości, gorzej jednak jest z jej fabularną atrakcyjnością. To przykład filmu z misją, mającego szansę wzbudzić społeczną dyskusję. Jednocześnie jednak jest mała szansa, by powtórzyła frekwencyjny sukces „Moich córek krów”, bo brakuje jej scenariuszowej swady, ciężaru dramatyzmu, lekkości dowcipu i zaskakiwania tym, co wydaje się banałem codzienności. Dodatkowo Dębska zapomniała o elemencie zaskoczenia – wszystkie trzy historie są bowiem wariacją na ten sam temat i korzystają z identycznego schematu – ani odkrywczego, ani angażującego, ani dającego do myślenia.

Ocena: 5/10