Szorty – „Volta”: Wolta cwaniaka

Bohater najnowszego filmu Juliusza Machulskiego „Volta” – egocentryczny buc zajmujący się doradztwem personalnym – uważa 95% „swołeczeństwa” za idiotów. Najwyraźniej reżyser z nim sympatyzuje i podziela jego zdanie, bo swoją, pożal się Boże, komedyjką wywinął niezłą woltę tym wszystkim, którzy wybrali się na jego film do kin, wciąż wierząc w jego ponadprzeciętny talent. No i szczwana zagrywka starego wygi znowu się powiodła – film ściągnął widownię, czyli swoje zarobił. A dodatkowa kaska popłynęła z pewnością szerokim strumieniem od TVN-u, a przede wszystkim włodarzy Lublina, bo „Voltę” śmiało można uznać za rozciągniętą do dwóch godzin niezwykle nachalną reklamę tegoż miasta.

„Volta” to nie jest film poniżej talentu Machulskiego, to film poniżej jakiejkolwiek przyzwoitości. Nie zagrało w nim praktycznie wszystko: fabuła o nowobogackim cwaniaczku, próbującym ukraść koronę Kazimierza Wielkiego, jest szyta tak grubymi nićmi, że można byłoby się na nich powiesić. Opowiadana historia nie tylko nie ma sensu na poziomie ogólnego zamysłu, ale również w rozwiązaniach konkretnych scen, brakuje jej narracyjnej logiki, nie mówiąc o trzymaniu się jakichkolwiek racjonalnych prawideł opowiadania. Mamy w niej osoby, które pojawiają się nie wiadomo skąd, tylko po to, by w newralgicznym momencie przyjść bohaterom z odsieczą (karły? serio?), wszystkie postacie są wydumane i z daleka śmierdzą sztucznością, tak samo jak dialogi, jakich nigdy nie usłyszelibyśmy na ulicy.

„Volta” mianuje się komedią, więc słowo o żartach: gdy człowiek rozpaczliwie szuka czegokolwiek, co mogłoby rozśmieszyć niewybredną widownię, to nie sili się na inteligentny dowcip, lecz leci wulgaryzmami i doraźnymi aluzjami politycznymi. W tym drugim Machulski zawsze był dobry i potrafił robić to z fasonem, tym razem jednak nie patyczkuje się i wali tak nachalnymi nawiązaniami do obecnie rządzącego obozu władzy, że nawet najbardziej zażarty wróg PiS-u może poczuć zażenowanie. Przy „Volcie” „Ucho Prezesa” to komediowa wirtuozeria.

Powoli podsumowując, bo nad „Voltą” nie należy się rozwodzić, bo na to zwyczajnie nie zasługuje, należy stwierdzić, że to zdecydowanie najsłabsze dzieło Machulskiego w jego filmografii, choć wydawało się, że poniżej „Ambassady” zejść się nie da. Widać, że to film zrobiony naprędce, bez przygotowania, bez dopracowanego scenariusza, poprawnie poprowadzonych aktorów, przekonującej scenografii i porządnych zdjęć – na marginesie, to niebywałe jak nierównym operatorem jest Arkadiusz Tomiak, który obok świetnych zdjęć do „Daas” czy „Obławy” potrafi podpisać się pod tak żenującymi dokonaniami, porównywalnymi do estetyki teatru telewizji, jak w „Volcie” czy niedawno w „Zaćmie”. Jedyne, co w jakiś sposób można docenić, to pomysł na skonstruowanie fabuły stanowiącej grę z polską historią – gdy ktoś bardzo dobrze nastawi ucha i wykaże się olbrzymią dobrą wolą, to z daleka może usłyszeć pomruki inspiracji prozą Dana Browna. Ale to na tyle jeśli chodzi o jakiekolwiek plusy. Film wygląda jak ordynarny skok na kasę pamiętających starego, dobrego Machulskiego. Ale nadzieja w tym, że z każdym kolejnym filmem widzowie będą widzieć w nim nie mistrza polskiej komedii, lecz cwanego hochsztaplera, dybiącego na ich gotówkę.

Ocena: 3/10