Recenzja – „Wolka”: Kobieta prawilna

„Wolka” to w więziennym slangu po prostu „wolność”. Na „wolkę” wychodzi Anna, która za kratkami zdążyła podczas 15-letniego wyroku zapracować na odpowiednią reputację – była nie do ruszenia. Teraz opuszcza więzienie na warunkowym i od razu rusza w stare rejony, by odszukać Dorotę. Kim jest ta kobieta, co je łączy, czego Anna od niej chce? Odpowiedzi na te pytania stanowią tajemnicę fabuły. Tajemnicę, od razu powiedzmy, niekoniecznie trudną do przeniknięcia.

Film Árniego Ólafura Ásgeirssona jest opowiedziany sprawnie, w odpowiednim tempie, bez błędów i potknięć. Seans „Wolki” płynie więc gładko. Problem tego filmu jest jednak zupełnie gdzieindziej. Jest konwencjonalny do granic możliwości, wręcz karykaturalnie. Wszystkie rozwiązania fabularne, które miały stanowić zwroty akcji i źródło odbiorczej przyjemności, są niezwykle przewidywalne. Zastanówmy się, czego może chcieć wkurzona kobieta, która wychodzi z więzienia. Zemsty? Blisko.

Gdy Anna odnajduje Dorotę, co zresztą przychodzi jej bardzo, bardzo łatwo (zdecydowanie za łatwo), sprawa staje się od wejścia (dosłownie) całkowicie czytelna. Dorota mieszka na Islandii, gdzie, jak się zdaje, wyjechała, by uciec jak najdalej od Anny – cóż, niezbyt skutecznie. Była więźniarka w chwilę dostaje adres Doroty, po czym jeszcze szybciej załatwia pieniądze na bilet, znajduje środek transportu na wyspie, a potem dom kobiety. Bez praktycznie żadnych problemów bodaj nazajutrz po wyjściu z więzienia melduje się na drugim końcu Europy w małej, zapyziałem wiosce na Islandii. Gdy Anna wchodzi do domu Doroty i spogląda na niemal dorosłego syna kobiety, wszystko staje się jasne, jeśli jeszcze do tej pory nie było. Chyba również już wiecie, w czym tkwi cały sekret fabuły.

Ale to tak naprawdę dopiero początek filmu, choć innych fabularnych „niespodzianek” wątpliwej jakości twórcy już dla nas nie mają. Anna będzie pogłębiała relację z chłopakiem, a jednocześnie nie ustrzeże się problemów, które z łatwością na siebie ściąga. Szybko można zorientować się, w jakim kierunku to wszystko zmierza i jakie wartości muszą wybrzmieć. „Wolka” to film wyjątkowo „prawilny”, opowiadający o twardych i smaganych północnym wiatrem ludziach z niewzruszonymi jak islandzkie wzgórza zasadami. Ásgeirsson zadbał, by Olga Bołądź w roli Anny daleka była od jej emploi atrakcyjnej, ponętnej kobiety – jest silna, wulgarna i zdecydowana. Wie, czego chce i jest gotowa zrobić wszystko, by to osiągnąć. A przede wszystkim – wie, dla kogo chce. I nikt, nawet ona sama, jej nie powstrzyma.

„Wolka” to jeden z tych filmów, które ogląda się bez większego zażenowania, ale z jeszcze mniejszym zainteresowaniem, bo wszystko, co się przewidziało w pierwszych 15 minutach filmu, stopniowo się sprawdza. Chciałoby się napisać, że to taka reżyserska wprawka warsztatowa, po której oczekiwałoby się dzieła dojrzalszego, bardziej złożonego. Chciałoby się, ale trudno to napisać, bo Árni Ólafur Ásgeirsson, islandzki absolwent łódzkiej Filmówki, zmarł przed premierą filmu. Jego pierwszy film okazał się ostatnim.

Ocena: 5/10

Film obejrzałem w Cinema City, tutaj możecie zarezerwować swój seans.