Docs Against Gravity – „Jak Bóg szukał Karela”: W kraju bezbożników

Rzadko kiedy ma się szansę zobaczyć siebie oczami kogoś innego – doświadczyć efektu obcości, spoglądając na to, co wydaje się bliskie. Właśnie takie doświadczenie zafundowali Polakom czescy dokumentaliści – Vit Klusak i Filip Remunda. Niestety to, co zobaczymy w postawionym przed nami lustrze, niekoniecznie musi nam się spodobać. Jednak warto się w nim przejrzeć.

„Jak Bóg szukał Karela” opowiada o wyprawie czeskiej ekipy filmowej do Polski, podczas której twórcy próbują zrozumieć coś, co jest niepojęte dla niemal każdego Czecha – polski katolicyzm. Chcą dociec, jak to możliwe, że tak bliskie geograficznie narody tak bardzo mogą się od siebie różnić – Czesi to przecież jeden z najbardziej zlaicyzowanych krajów w Europie, a Polska jeden z najbardziej katolickich.

Film Klusaka i Remundy jest dokumentalną satyrą, która jednak bierze się z autentycznej potrzeby zrozumienia i kończy pozbawionym sarkazmu i ironii zatroskaniem. Czesi kreują się na dobrych sąsiadów, którzy chcą nawiązać kontakt z przestrzennie niedalekim narodem i autentycznie niepokoją się o jego los. Jednocześnie niemal nieustannie dworują sobie z nas i spoglądają na naszą rzeczywistość z coraz szerzej otwieranymi z przerażenia i niedowierzania oczami.

Między innymi właśnie z powodu humorystycznego tonu długimi fragmentami można odnosić wrażenie, że Czesi ślizgają się po temacie, odhaczając kolejne naszej narodowokatolickie kurioza i trapiąc nad tym, co również dla ogromnej części naszego społeczeństwa jest niczym więcej jak folklorem. Twórcy zdają sobie z tego sprawę – mówią o tym nawet wprost – więc w pewnym momencie zmieniają ton, zbliżają do ludzi i zachodzą w głowę, skąd bierze się popularność Tadeusza Rydzyka, jak przekłada się ona na demokrację w Polsce i do jakiego stopnia Kościół wniknął w struktury naszych mózgów.

Dokumentaliści musieli wykonać przed rozpoczęciem zdjęć bardzo dobry reaserch, bo niezwykle celnie wskazują na największe problemy polskiego Kościoła. Zaczynają od Świebodzina, który jest dla nich nie tylko symbolem kiczowatej gigantomanii, ale również całkowitego niezrozumienia nauk Jezusa. Potem odwiedzają Licheń, poznański stadion podczas obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski, siedzibę Radia Maryja, a nawet biorą udział w spektaklu „Klątwy”. Dla Polaków te wszystkie miejsca i wydarzenia są doskonale znane, a krytykowane przez Czechów postawy równie problematyczne. Siła tego dokumentu bierze się z czegoś zupełnie innego – z nagromadzenia tych wszystkich sacro-atrakcji, które zlewają się w cepeliową kato-papkę. Nie byłaby ona ani frapująca, ani zajmująca, gdyby nie czaiło się w nim zagrożenie, którego na co dzień chyba nie dostrzegamy.

Czesi dostrzegli w wystawnych obrządkach i brzydkich papieskich pomnikach bardzo konkretny ideologiczny projekt, który bardzo łatwo można wykorzystać do politycznych celów – i z tym właśnie mamy do czynienia obecnie w Polsce. Katolicyzm jest u nas tak bardzo zinternalizowany, a przez to zneutralizowany poprzez powiązanie z patriotyzmem, że w rękach cynicznych szarlatanów pokroju Rydzyka czy polityków partii rządzącej może stać się narzędziem prostej manipulacji, dzielącej ludzi na „naszych” i „obcych”. Kościół stworzył genialny mechanizm, który zapewnia im władzę absolutną. Za każdym razem, gdy ktoś podważa jego autorytet, zostaje nazwany diabelskim pomiotem i jednocześnie zaliczonym do wroga narodu.

Czesi jadąc do Polski chyba nie spodziewali się, że wnikną w nasze problemy tak głęboko. Pewnie liczyli na sporo folkloru i kiczu, a niekoniecznie na takie pokłady zła kryjącego się za fasadą pozornej świętobliwości. Na nasze szczęście potrafili je obnażyć, podobnie jak niedawno Tomasz Sekielski w swoich dokumentach o pedofilii w Kościele. Tu również pojawia się ten temat i idealnie rymuje z innymi przewinami polskich duchownych – rządzą władzy, pieniędzy, bezkarności i kontroli absolutnej. Nie jest to jednak dokument interwencyjny, nie oczekujmy gruntownego ataku na Kościół czy próbę wyjaśnienia ciemnych spraw – to raczej wezwanie nas wszystkich do narodowego rachunku sumienia.

Największą ze wskazywanych przez Czechów win jest – co zaskakujące ze względu na ateizm naszych południowych sąsiadów – wyrzeczenie się przez nas prawdziwego Boga, którego zastąpiliśmy Kościołem. Ani Rydzyka, ani jego wyznawców, ani modlących się publicznie polityków, ani ukrywających pedofilii duchownych, ani stawiających gigantyczne pomniki nie interesują nauki Jezusa. Ich interesują własne interesy załatwiane za pomocą symboliki, która staje się coraz bardziej oderwana od pierwotnych znaczeń, wypaczona i fasadowa. „Jak Bóg szukał Karela” nie jest filmem antyreligijnym, ani drwiącym z wiary – wręcz przeciwnie, jego bohaterowie robią naprawdę wiele, by poczuć boską obecność, by zrozumieć jego siłę tkwiącą ponoć w naszym narodzie, ale za każdym razem natrafiają na ignorancję, fałsz, obłudę i kłamstwo. Trudno znaleźć Boga w kraju bezbożników, dla których liczy się tylko świętobliwa fasada Kościoła.

Seans dzieła Klusaka i Romundy jest bardzo bolesny – nawet dla tych, którzy przyjmują na polski katolicyzm ten sam punkt widzenia, co twórcy. Bo bez względu na to, jaki jest nasz stosunek do polskiego Kościoła, wszyscy jesteśmy pod jego wpływem – nie tylko dlatego, że tak bardzo oddziałuje na politykę. Znajduje się bowiem w samym centrum naszej kultury, która z tego względu wypada równie niedorzecznie, fasadowo i śmiesznie, jak kolejny brzydki posąg papieża-Polaka.

Ocena: 7/10