Recenzja – „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa”: Irlandczyk w dresie

Okazuje się, że istnieje w Polsce życie dla filmu gangsterskiego poza Vegą. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że to nadal niekoniecznie satysfakcjonujące kino, które próbując demitologizować rodzimą mafię, faktycznie ją mitologizuje. „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa” Macieja Kawulskiego jest filmem dziwnym, zrobionym bez poszanowania klasycznych reguł storytellingu, zbliżającym się do estetyki teledysku, pełnym naiwności i sprzeczności, ale jednocześnie przynoszącym, przynajmniej momentami, niemało frajdy.

Akcja rozpoczyna się w schyłkowym okresie lat 70. Przy akompaniamencie Breakoutu bohater, a jednocześnie narrator, opowiada, jak to bywało w czasach, kiedy był małym chłopcem. Już wtedy przejawiał zamiłowanie do bójek i kradzieży. Gdy tylko zobaczył pierwszy raz na własne oczy gangsterów, zapragnął do nich dołączyć. Co się niedługo potem ziściło. Kolejne sekwencje filmu rozgrywają się w następujących po sobie dekadach – lat 80., 90. i 2000. W ten sposób, z epickim rozmachem rodzinnej sagi, została zarysowana biografia bezimiennego gangstera, który miał się stać jednym z najdłużej nieuchwytnych bandytów w historii Polski.

Film odtwarza schemat znany z wielu filmów gangsterskich. Wystarczy porównać jego fabułę z „Irlandczykiem”. Również mamy niejednoznacznego bohatera, który werbuje się do mafii, przeżywa moralne dylematy, rośnie w siłę, by na końcu skonfrontować się z najbliższym przyjacielem, który stał się niewygodny dla jego mocodawców. Oryginalności na tym polu więc nie uświadczymy. Ale nie taki jest cel Kawulskiego. Jemu przede wszystkim zależy na rozrywce – potoczystości narracji, humorze, widowiskowej przemocy, emocjonalnych relacjach wiążących bohaterów i nagłych zwrotach akcji.

Udaje mu się to z mieszanym skutkiem. Chcąc uatrakcyjnić i upłynnić akcję, sięga po znane przeboje – od Breakoutu przez Mr. Zooba po Muńka Staszczyka. Nie byłoby w tym niczego ani złego, ani dziwnego, gdyby nie to, że praktycznie każda scena posiada podkład muzyczny, który mało kiedy komentuje wydarzenia, a zazwyczaj jedynie ubarwia i dodaje dynamizmu, masując słabość reżyserii. W konsekwencji film zamienia się w listę przebojów ostatnich czterdziestu lat.  

Główny zarzut, jaki można wysunąć pod adresem „Jak zostałem gangsterem” to jego nierówność. Film rozpoczyna się bowiem znakomicie. Zapowiada poziom na miarę „Bogów” czy „Sztuki kochania”. Odmalowuje bowiem realia PRL-u barwnie i z humorem. Dialogi skrzą się dowcipem, są niezwykle celne i znakomicie charakteryzują i czasy, i bohatera. Niestety każda kolejna sekwencja stopniowo obniża poziom – jakby była pisana i kręcona przez kogoś zupełnie innego. Akcja traci na humorystycznym dystansie, ale na niczym nie zyskuje. Bo nie zostaje wsparta ani dynamizmem narracji, ani gęstością klimatu czy choćby widowiskowością warstwy wizualnej. Na domiar złego dialogi zaczynają pogrążać się w patosie i zamieniają w złote myśli z nieopublikowanego dzienniczka Paolo Coelho. Z żartobliwego i inteligentnego gawędziarza, narrator-bohater zamienia się w napuszonego nudziarza.

Kawulskiego z Vega łączy co najmniej jedno – fetyszyzacja „prawdy”. Autor „Pitbulla” zawsze podkreśla, że jego filmy są tworzone na podstawie autentycznych wydarzeń, szczególnie dba o narrację prawdopodobieństwa i bliskości do rzeczywistości. Kawulski, niestety, podążył tą samą drogą, zapewniając w czołówce, że wszystkie wydarzenia w filmie wydarzyły się naprawdę. W ten sposób chciał się stać co najmniej kronikarzem polskiej mafii, obserwowanej oczami bezimiennego (pewnie z powodu bezpieczeństwa) bohatera. Twórca faktycznie dba o odmalowywanie historycznego tła – wskazuje na punkty węzłowe w najnowszej historii kraju, które zaważyły na losach polskiej mafii. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to wszystko składa się jedynie na sprawne zabiegi retoryczne, mające podnieść atrakcyjność narracji. Przedstawiane w filmie wydarzenia są bowiem zupełnie nieweryfikowalne, a ich wiarygodność niska – no bo niby skąd mamy wiedzieć, na ile epizody z życia tytułowego gangstera zostały podkoloryzowane, a może nawet wręcz zmyślone? Musimy na słowo uwierzyć twórcom, że tak blisko podeszli do pierwowzoru swojego bohatera i zaskarbili jego zaufanie.  

Ważnym punktem odniesienia zarówno dla bohatera, jak i – najwyraźniej – dla twórców są opowieści Masy, nazywanym w filmie, to najłagodniejsze z określeń, bajkopisarzem. Ta opowieść ma iść pod prąd narracyjnemu strumienia najsławniejszego w Polsce świadka koronnego. Ma więc demitologizować mafię, opowiadać o niej samą prawdę – zgodnie z tytułem. Efekt jest jednak – oczywiście – zupełnie odwrotny. Bo film odmalowuje niezwykle atrakcyjny, wręcz sielankowy obraz gangsterskiego życia. Główny bohater staje się depozytariuszem wartości – honoru, charakterności, lojalności i przyjaźni. Może również wieść dostatnie, luksusowe i w gruncie rzeczy spokojne życie, tylko od czasu do czasu brudząc sobie krwią mankiety. Jest przystojny, elokwentny, miły, uśmiechnięty, tylko od czasu do czasu wykonuje, i to raczej z niesmakiem, na kimś wyrok. Film więc prowadzi do uwznioślenia gangsterskiego życia, które wydaje się ideałem – policji też nie ma co się bać, bo jesteś nieuchwytny, póki się zanadto nie wychylisz.

Razem z dokonaniami Vegi, film Kawulskiego można śmiało zaliczyć do tak zwanego nurtu kina „dresiarskiego” – choć tym razem jest to drogi i luksusowy dres od najbardziej prestiżowych marek. Liczy się jednak to samo, co w przypadku kina autora „Botoksu” – pompowanie adrenaliny, rozbryzgi krwi, seks, niewybredny język i gloryfikowanie gangsterskiego etosu. Ale Kawulski jest przynajmniej sprawniejszym reżyserem i przejawia poczucie humoru.

Ocena: 5/10