Recenzja – „Botoks”: To my, Polacy

„Botoks” nie jest żadną aberracją, ani dziwactwem, które nagle wyskoczyło z samego środka naszej kinematografii. Wręcz przeciwnie – jest trafną odpowiedzią na potrzeby naszego społeczeństwa, lustrem, które niezwykle wiernie odbija nasz zbiorowy obraz. Patryk Vega doskonale rozumie polskiego widza i wie o nim coś, czego inni rodzimi twórcy nawet nie chcieliby się domyślać.

Prawda z tabloidu

Zarzucanie Vedze, że tworzy nieprawdopodobnych bohaterów, kumuluje okropności, nie trzyma się zasad budowania narracji, operuje nieuzasadnionymi skrajnościami i tworzy kompletnie wypaczony, niewiarygodny obraz polskiej rzeczywistości ma taki sam sens, jak karcenie Tarantino za opowiadanie kompletnie zmyślonych historii. Reżyser „Botoksu” wypracował swój własny, co prawda pokraczny, groteskowy, kiczowaty i wulgarny, ale jednak autorski styl, który może razić wrażliwców i ludzi o wypracowanym filmowym guście, ale znacznie większą część kinomanów w jakiś sposób ujmuje. Jedną ze składowych tego stylu jest przekonywanie widzów, że to, co oglądają, to „najprawdziwsza prawda”, bo przecież wszystko zostało oparte na „autentycznych wydarzeniach”. Vega przekonywał o tym przy „Pitbullach” i zrobił to również, kręcąc „Botoks”. Jestem przekonany, że posługiwałby się taką samą retoryką, gdyby nakręcił film o mafii sadowników czy branży księgarskiej.

Bo niczym nie ryzykuje. Przecież, gdzieś, kiedyś, jakieś podobne wydarzenia mogły mieć miejsce – ostatecznie nie nakręcił dokumentu, prawda? Licentia poetica i tak dalej – nie takie rzeczy się na świecie dzieją i jestem przekonany, że faktycznie mają miejsce. Natomiast konsekwentne utrzymywanie i przekonywanie, że to wszystko samiuśka prawda jak bum cyk, cyk dodaje tylko temu przedsięwzięciu pikanterii i wagi w oczach zwolenników. Vega wykorzystuje dokładnie tę samą strategię, co tabloidy. Kto sprawdzi, czy opisany w brukowcu facet faktycznie nie spał, bo trzymał kredens, a liście kapusty powiększają piersi. Wszyscy niby wiedzą, że to wszystko bujdy i rozrywka budowana na taniej sensacji, ale przecież „Fakt” wciąż jest najlepiej sprzedającym się dziennikiem.

Piękno, Dobro i Prawda

„Botoks” jest nie tylko przykładem tabloidyzacji kina, ale również wykorzystania strategii cynicznego rozsiewania fake newsów. Mechanizm jest ten sam: głosimy pewną kontrowersyjną tezę – najlepiej tonem nieznoszącym sprzeciwu – i patrzymy, co się wydarzy. Z czasem to, co powiedzieliśmy, zaczyna żyć własnym życiem i nawet największe kłamstwo staje się półprawdą. Ważne ostatecznie, że mój głos w dyskusji jest słyszalny i wywołuje reakcje. A czy mówimy o uchodźcach, aborcji czy służbie zdrowia – to nieistotne. Ważne, że sensacja została zasiana – każdy zebrany głos oburzenia tylko wspiera stworzoną narrację, bo uprawomocnia ją w dyskursie publicznym, daje rację bytu.

W ten sposób stworzona narracja jednocześnie staje się polityczną i zarazem maskuje swój arbitralny status. Jest polityczna, bo stawiane dyskusyjne tezy na temat rzeczywistości nie są zbudowane na aksjomatach, więc mogą zostać podważone i oskarżone o ideologiczność. Jest budowana jednak w taki sposób, by rościć sobie prawo do bycia niepodważalną prawdą – bo, kto się nie zgadza z tym, co mówię, jest Innym, Wrogiem i to opłaconym przez Obcych, najlepiej zagranicznych graczy, którzy zrobią wszystko, by zniszczyć, to co reprezentujemy, czyli oczywiście Piękno, Dobro i Prawdę. Właśnie – Prawdę! W tym kontekście uparte przekonywanie, że film ma solidne oparcie w faktach, jest kluczowe, bo uprawomocnia zabrany głos w dyskusji. Dlatego też wcale nie dziwi głośny wpis Vegi, umieszczony na fanpage’u filmu, w którym starcie nieprzychylnych krytyków z widownią tłumnie popierającą film kupionymi biletami przyrównał do walki Jasności z Ciemnością. Więcej: jest logiczną konsekwencją przyjętej strategii, która ma swoje źródła w populizmie, neotrybalizmie i tabloidyzacji kultury.

Chirurgiczna precyzja

Nietrafione są również zarzuty o braku przejrzystej narracji, pretekstowej fabule czy papierowych bohaterach. Nie dlatego jednak, że film jest pozbawiony tych konstrukcyjnych błędów. Dlatego są nietrafione, gdyż trudno mieć o nie pretensje. Vega bowiem od samego początku nie zamierza opowiadać żadnej spójnej historii, protagonistów równie dobrze mogłoby nie być, a najchętniej budowałby narrację w oparciu o króciutkie, anegdotyczne scenki. W tej fragmentaryczności jest metoda – ma ona za zadanie maksymalizację wrażeń, unikanie niepotrzebnych scen, które miałyby budować psychologię bohaterów, uprawdopodabniać pokazywane wydarzenia czy budować spójną opowieść. To wszystko Vedze jest zwyczajnie niepotrzebne, a wręcz mogłoby spowodować, że film robiłby znacznie mniejsze wrażenie na widzach rządnych przede wszystkim sensacji i silnych bodźców: kontrowersji, dosadności, seksu i wulgaryzmów.

Trudno również zarzucić Vedze chaotyczność i nierozważność. Przeciwnie: jego kolejne filmy są niezwykle przemyślane i precyzyjne – trafiają do jasno sprecyzowanej widowni. Mówią jej językiem, opowiadają o tym, o czym chce słuchać i uderzają w odpowiedni ton. To naprawdę nie przypadek, że publiczność wali na te filmy drzwiami i oknami – to nie kwestia znanych twarzy, ani nawet nazwiska Vegi. To raczej sposób prowadzenia dyskursu i mówienia tego, czego widownia chce słuchać. To kino złożone z łatwych prawd, jasno tłumaczące rzeczywistość, stawiające widza w pozycji ofiary gry szemranej „elity”, która zrobi wszystko, by ciebie maluczki człowieku zdusić, zdeptać i oszukać. Vega daje iluzję rozbicia układu, ośmieszenia establishmentu, na moment przekazuje w ręce ludu władzę nad panami – w tym sensie jest wykwitem kultury karnawału – bo wprost wskazuje na patologie, których się domyślamy, ale nie jesteśmy na co dzień w stanie udowodnić. Twórca „Botoksu” robi to za nas, jasno pokazując, że wszyscy jesteśmy manipulowani przez koncerny farmaceutyczne, chciwych, leniwych i niekompetentnych lekarzy, feministki, „lewaków” i „ideologię gender”. Co z tego, że robi to z subtelnością autorów odzieży patriotycznej – chodzi przecież o to, by wszystko było jasne i czytelne, tu nie ma miejsce na jakiekolwiek niedomówienia i etyczne wątpliwości. Jak się nie podoba, to won z kina!

Retoryka, estetyka, polityka

Nie chciałbym wskazywać na partyjne barwy, w jakie przyobleka się Vega, budując swój filmowy przekaz. Ale jest on tak jasny, że nie potrzebuje dodatkowej wykładni. W końcu autor sięga po wszystko to, co najbardziej popularne – retorykę, estetykę, tematykę, więc również i politykę. Jestem więcej niż pewien, że jak tylko zmieni się w Polsce władza, będzie potrafił zrobić film, wykorzystujący całkowicie inną polityczną narrację. Wystarczy choćby spojrzeć na jego wcześniejsze dokonania – na przykład „Last minute”, które było skierowane do dorabiającej się i aspirującej klasy średniej. Nie bez powodu tym razem główna bohaterka wywodzi się z niższej klasy i dokonuje gigantycznego awansu społecznego – co z tego, że dokonuje tego oszukując, handlując własnym ciałem i godnością. Vega uprawomocnia tę strategię pięcia się po drabinie społecznej, no bo przecież ostatecznie bohaterka potrafi przechytrzyć „duże ryby” i uszczknąć coś dla siebie z tego ogromnego tortu, upieczonego za brudne pieniądze. Liczy się więc spryt, cwaność i pewność siebie – koszty moralne nie mają żadnego znaczenia. I chyba właśnie ten aspekt „Botoksu” jest najbardziej przerażający. Vega manipulując, sięgając po półprawdy, kłamstwa i domysły, upoważnia swoich bohaterów do tego samego – liczy się przecież demaskacja „systemu”, wyśmianie „elit” i przekonanie wszystkich, że to my reprezentujemy Jasność w tej współczesnej wersji manichejskiej potyczki.

Nie narzekajmy na „Botoks”, lecz na populistyczną politykę, fake newsy, brukowce, wulgaryzację dyskursu medialnego, pogłębiające się podziały społeczne, radykalizację metod prowadzenia polityki, rozprzestrzenianie się zwolenników ruchu antyszczepionkowców, entuzjastów teorii płaskiej Ziemi i legend miejskich – i inne groźne, niepokojące i szkodliwe zjawiska w kulturze. Nie narzekajmy na „Botoks”, lecz na współczesną Polskę i doskonale znaną rzeczywistość – bo film Vegi jest jej idealnym wykwitem, dziełem, które być może w najlepszy sposób charakteryzuje obecne nastroje w naszym społeczeństwie.

Ocena: 2/10

Film obejrzałem w Cinema City, tutaj możecie zarezerwować swój seans.