Premiera tygodnia – „Król rozrywki”: Król humbugu

Najwidoczniej co jakiś czas musi powstać film, w którym Hugh Jackman w losowo wybranym momencie zamiast normalnie mówić, zaczyna śpiewać. „Król rozrywki” Michaela Graceya to film z ducha luhrmannowski, przypominający hity sprzed kilku lat: „Moulin Rouge”, „Nędzników” czy „Nine – Dziewięć”. Musicale rządzą się własnymi prawami, ich domeną jest sztuczność, umowność, wystawność i nastawienie na rozrywkę. Ta filmowa forma idealnie więc wydawała się pasować do opowieści o człowieku, który stał się ojcem showbiznesu.

P. T. Barnum był synem ubogiego krawca, uwielbiającym zanurzać się w świat fantazji i marzeń. Wyśnił sobie przyszłość pełną niesamowitości. Rzeczywistość jednak okazała się znacznie bardziej pospolita. Choć nie był w stanie zapewnić rodzinie dostatniego życia, mieszkali z ciasnym, tanim mieszkanku, marzenia wciąż w nim tkwiły i dopingowały do wielkich rzeczy. Za pomocą sprytu i kredytu stworzył gabinet niesamowitości, w którym zgromadził szokujące dziwy. Jednak najwięcej osiągnął za pomocą kłamstw, oszustw i bezczelnej blagi. Twórcy niby jasno o tym mówią, ale wcale nie zamierzają w ten sposób oskarżać swojego bohatera o nieetyczność. Ponad prawdę i uczciwość zdecydowanie stawiają wyobraźnię i marzenia – w imię których można, najwidoczniej, kombinować do woli.

Nie trudno zrozumieć, dlaczego historia postaci, będącej pierwowzorem głównego bohatera, była kusząca dla hollywoodzkich twórców. Przedstawia ona klasyczną drogę „od pucybuta do milionera” i to na dodatek towarzysz jej spektakularne cyrkowe akrobacje, pochody słoni i kobieta z brodą. Już „La La Land” udowodnił, że spektakularne, tańczone i śpiewane filmy o przemyśle rozrywkowym są świetnym pomysłem, a w „Królu rozrywki” cofamy się dodatkowo do jego początków w XIX wieku i bezkarnie możemy epatować niesamowitościami. Co z tego, że są one wątpliwej jakości i etycznie dwuznaczne – „show must go on!”.

W tym momencie dochodzimy do sedna – bowiem twórcy uwikłali się w dokładnie te same moralne niejasności, które tyczyły się również działalności Burnama. Mężczyzna postanowił zaangażować do swojego cyrku ludzi, którzy na co dzień są wyśmiewani i wytykani palcami. Przyjmował każdego, kto mógł „pochwalić się” jakimś fizycznym defektem: karła, kobietę z brodą, olbrzyma czy człowieka-psa. Dodatkowo ubarwiał ich życiorysy, zmieniał miejsce pochodzenia, dodawał kilogramów, dopisywał niesamowitą biografię – wszystko po to, by ściągać coraz większą publiczność żądną ekstremalnych wrażeń. Twórcy jedynie muskają problem, który musi pojawić się w przypadku tej historii, społecznego wykluczenia, nietolerancji czy ludzkich uprzedzeń – dzieje się tak dlatego, że zarówno działalność Burnama, jak i film czerpały zyski z tych samych wytwarzanych kontrowersji.

Pomijam, że sama instytucja cyrku, szczególnie posiadającego w swojej ofercie występy zwierząt, została w ostatnich latach napiętnowana i jest w zdecydowanym odwrocie. Trudno więc sympatyzować z osobą, która ten fenomen w dużej mierze zapoczątkowała. Twórcy jednak dwoją się i troją, by los Burnama nie był nam obojętny – zmuszają nas do kibicowania mu podczas rozkręcania biznesu oraz w potyczkach ze zgryźliwym krytykiem, wytykającym mu kicz i niemoralność, choć to właśnie z nim najłatwiej byłoby wejść w komitywę przeciwko cwaniakowatemu Burnamowi.

Twórcy więc sprzedają widzom rzewną historię, opracowaną według złotych zasad Hollywoodu, która ma nas mamić serwowanymi emocjami, podnosić na duchu odwagą marzeń Burnama, zachwycać niesamowitością cyrkowej trupy i dawać przyjemność ze śledzenia gigantycznego awansu bohatera. Ta opowiastka została dodatkowo podkoloryzowana formą musicalu – pełnego wpadających w ucho melodii i piosenek oraz znakomicie zaaranżowanych scen tanecznych. Trzeba przyznać, że muzyczne kompozycje i choreografia są na niezłym poziomie, choć w żadnym momencie nie wykraczają poza poprawny pop – ale wierzę, że mogłyby się stać radiowymi przebojami.

Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że forma musicalu miała do spełnienia również inną funkcję, nie tylko rozrywkową. Otóż jej umowność miała za zadanie maskować i usprawiedliwiać ogromne scenariuszowe i psychologiczne uproszczenia, które rażą nawet w przypadku tak bezpretensjonalnej rozrywki, jaką miał być film Graceya. Ta nadmierna umowność zostaje obnażona w jednym z kluczowych momentów filmu, gdy na scenę teatru wychodzi nowa artystka w ekipie Burnama – światowej sławy śpiewaczka operowa, której zorganizował tournee po Stanach Zjednoczonych. Wszyscy są oczarowani jej głosem, Burnam ma łzy wzruszenia i szczęścia w oczach, a krytycy pieją z zachwytu. Problem jednak w tym, że Jenny Lind wykonuje… jakiś rzewny, popowy kawałem, a nie żadną arię operową.

Musicalowa forma miała więc maskować nie tylko techniczne potknięcia, ale również, a może właśnie przede wszystkim, etyczne nadużycia. Okazała się przy tym nadmiernie wystylizowanym, feerycznym, a przy tym przekłamującym rzeczywistość oszustwem, który miał dodawać jakości i wartości czemuś, co niekoniecznie zasługiwało na podziw czy zachwyt. „Królowi rozrywki” znacznie bliżej do tytułu, który dumnie nosił swego czasu Burman – króla humbugu.

Ocena: 5/10

Film obejrzałem w Cinema City, tutaj możecie zarezerwować swój seans.