Nowe Horyzonty – „Koko-di Koko-da”, reż. Johannes Nyholm

Film Nyholma można interpretować jako szwedzką odpowiedź na amerykańskie „Midsommar”. Tu również jest nordycki folklor, z którego ulepiono metaforę traumy i kryzysu w związku. Jest też groza, ale tym razem podana z groteskowym, baśniowym, onirycznym sosie.

Wszystko zaczyna się od tytułowej piosenki, o kogucie, który nie żyje i nie może już śpiewać swojego „koko-di koko-da” (po seansie nie będziecie mogli przestać nucić tej melodii). Wykonuje ją trójka bohaterów – elegancki mężczyzna w białym garniturze, olbrzym i kobieta o ogromnych warkoczach. Idą przez las z pieśnią na ustach. Już od początku wiemy więc, że filmowy świat nie ograniczy się do konwencji realizmu.

I faktycznie tak jest. Nyholm w bardzo podobny sposób jak w poprzednim „Olbrzymie” miesza realizm z fantazją, tak jakby ich wspólna egzystencja była czymś zupełnie normalnym. Ale zaczyna od tego, co realne. Od młodego małżeństwa i ich ośmioletniej córki, która niespodziewanie umiera. Po tym wydarzeniu skaczemy trzy lata w przód, by sprawdzić, jak para radzi sobie z traumą. Można się domyślić, że nie najlepiej. Obserwujemy ich podczas wyjazdu na wakacje. On nie chce zatrzymać się w motelu, bo mają namiot, na co ona nie chce się zgodzić. Ostatecznie mężczyzna stawia na swoim, co będzie miało opłakane skutki.

Nyholm sięga po doskonale znany motyw co najmniej od czasów „Dnia świstaka”. Kilkukrotnie bohaterowie będą musieli przeżyć te same wydarzenia – zmierzyć się z traumą nieuzasadnionej przemocy. Oprawcami jest śpiewająca trójka, przypominająca zgraję z „Mechanicznej pomarańczy” albo parę z „Funny Games”. Z uśmiechem na ustach potrafią zadawać ból i cierpienie bez żadnej przyczyny. Ale ich agresja wcale nie bierze się z nikąd. Jest raczej metaforą tego, co boli parę w ich związku. Znakomicie ich stany emocjonalne oddają dodatkowo dwie fantastyczne sekwencje kukiełkowe. Pierwsza, za pomocą sylwetek króliczków i kolorowego koguta, opowiada o stracie córki, a druga natomiast mówi o kryzysie w związku – jest ostrzeżeniem, ale także drogowskazem.

„Koko-di Koko-da” być może nie jest najbardziej oryginalne w tym momencie, gdy mówi o związkach, ale nie da mu się odmówić oryginalności w podejściu do tematu. Nyholm miesza lokalny folk z horrorem, humorem, groteską, baśnią, poetyką snu i niestandardową narracją. Wszystko to składa się na przejmującą historię pary, która przeżyła ogromną tragedię i nie potrafi odnaleźć wspólnego języka. Ale w tym mroku egoizmu i traumy, szwedzki reżyser odnajduje promyk nadziei. Miłość, to miłość nas wyzwoli. Być może to banał. Ale innych odpowiedzi nie będzie.

Ocena: 6/10