Kolejna partia tekstów przynosi opowieści o dobrych ludziach, złych ludziach i ludziach, którzy nie wiedzą, jak pozostać dobrymi.

Kontinental ’25, reż. Radu Jude
Radu Jude jest geniuszem. Bo jak inaczej można nazwać filmowca, który niemalże z niczego wyczarowuje niepozorny film, który potrafi boleśnie i niezwykle trafnie ukłuć? Niby wciąż mówi to samo, punktuje te same problemy współczesności, ale czyni to celnie i dokładnie tak, jak należy. A jednocześnie niezwykle zabawnie.
Najlepsze jest to, że od początku wiadomo, że śmiejemy się z samych siebie. Że to właśnie my – uprzywilejowana klasa średnia, mająca czas i przestrzeń życiową na to, by się rozsiąść w wygodnych kinowych fotelach i obejrzeć niszowy rumuński arthouse – jesteśmy celem satyry Judego. To film o dobrych ludziach, szlachetnych intencjach, autentycznych wyrzutach sumienia i chęci zmieniania świata – które tylko pogłębiają problemy. Najbardziej winni są niewinni.
Film opowiada o kobiecie – komorniczce – która nie potrafi przeboleć faktu, że eksmitowany przez nią mężczyzna popełnił samobójstwo. Chodzi od znajomych do znajomych, od policji do popa, od dawnego ucznia do matki i wszystkim mówi o swoim cierpieniu. Swoim poczuciu winy. Swoim autentycznym bólu. Swoim – to słowo klucz. Jej postawa jest autentyczna, nie ma co do tego wątpliwości. Jest dobra i szlachetna. Zrobiłaby wszystko, by do tego nie doprowadzić. I właśnie tacy ludzie jak ona (i my) podtrzymują ten system. Kapitalizm. System, który zabił eksmitowanego. I setki podobnych jemu.
Jude nakręcił ten film w 10 dni, między zdjęciami do większego projektu. Pomysł jest banalny – oparty na dialogach, kilku lokacjach i gadających przed nieruchomą kamerą ludziach. A ogląda się to wspaniale i boleśnie. Dialogi skrzą się ciętym, charakterystycznym dla Judego humorem, precyzyjnie obnażają całą hipokryzję „dobrych ludzi” od zbiórek, pomocy, petycji i społecznej troski. Obnaża kulturę dyskomfortu klasy średniej, która cierpi przed drogimi telewizorami w swoich drogich mieszkaniach na strzeżonych osiedlach. Są pełni troski o wykluczonych i wyrzuconych na margines – bezdomnych, innych, migrujących – w ten sposób cementując system, podświadomie poprawiając sobie samopoczucie. Bo nie byłoby ich, gdyby nie ich przeciwieństwa, umacniające ich uprzywilejowaną pozycję. Dobrze od czasu do czasu popatrzeć na czyjeś cierpienie. Jest takie nieprzyjemne. Takie wspaniałe.
Ocena: 7/10

To był zwykły przypadek, reż. Jafar Panahi
Panahi w swoim najnowszym filmie stawia zasadnicze pytanie, dla obywateli krajów poddanych terrorowi opresyjnej władzy: czy zemsta może być moralna? Czy da się żyć w ciągłej presji doświadczenia przemocy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, nakręcił autorską wersje rasowego kina zemsty. Niespodziewanie doprawioną szczyptą humoru i autentycznego ludzkiego dramatu.
„To był zwykły przypadek” nieustannie zaskakuje i zmienia fabularne ścieżki. Zaczyna się od tytułowego przypadkowego wypadku: bohater potrąca psa. Jedzie jednak dalej, ale musi się zatrzymać, bo auto nagle się psuje. Traf chciał, że zatrzymuje się nieopodal zakładu mężczyzny, który potrafi mu pomóc. Ale żaden z tych bohaterów nie będzie postacią pierwszoplanową. To tylko dla jednych nieszczęśliwy, dla innych wyjątkowo fortunny zbieg okoliczności. Zwykły przypadek.
W tym momencie fabuła dokonuje pierwszej wolny i zamienia się w kino bliskie thrillerowi o zabarwieniu revenge story. I właśnie kwestia moralności zemsty wysuwa się na pierwszy plan. Mężczyzna, któremu popsuł się samochód, zostaje wzięty – ze względu na fakt, że ma sztuczną nogę i chodzi w charakterystyczny sposób – za byłego oprawcę grupy strajkujących, torturowanych przez irański reżim. Mężczyzna, który poznaje sposób poruszania się swojego kata, wciąż żyje przeszłością, nie potrafiąc wrócić z celi do normalnego życia. Takich jak on jest więcej. Wszyscy są równie żądni sprawiedliwości.
Panahi zastanawia się jednak, jak powinna ona wyglądać. Czy przemoc jest rozwiązaniem? Zarówno fizyczna, jak i psychiczna? Czy wtedy ofiary nie zamienią się w oprawców? Nie utracą tego, o co walczyli? To odwieczne pytanie Irańczyk wpisuje w aktualną sytuację w swoim kraju – dotyka krwawiącej rany, która wciąż nie może się zagoić. Jednocześnie jest świadom, że to problem uniwersalny, a odpowiedź zawsze niewystarczająca.
Może właśnie dlatego nie sili się na żadne kaznodziejstwo. Wręcz przeciwnie, opakowuje to jakże trudne pytanie w kino gatunkowe, w nieoczekiwany humor i strukturalną lekkość. Fabuła leci potoczyście, zwroty akcji się piętrzą, kolejne niespotykane sytuacje pojawiają się, ale wszystko ma tu jasny cel i jest po coś – jest ważną cegiełką w tej opowieści o wydźwięku moralnym. Pomijając wszystko, ten film się zwyczajnie znakomicie ogląda – potrafi zmieniać nastroje – z lekkiego w thriller, z dramatu w napięcie.
Ocena: 8/10

Królestwo, reż. Michał Cichomski
Polska znajduje się na skraju wojny. Rząd się ewakuuje, kto może ucieka, Warszawa jest podziurawiona rakietami. Ostatnimi ludźmi na tej ziemi wydają się być członkowie grupy „Czarny pająk”, stanowiące tytułowe królestwo. Michał Ciechomski nakręcił postapokaliptyczne kino, przypowiadające niedaleką przyszłość. Ulepił je z aktualnych fantazmatów. Równocześnie to film, który tę współczesność zaklina i obłaskawia. Przemienia to, co powinno napawać grozą, w śmiesznostkę.
Ciechomski jest stylistą. Uwielbia mnożyć pomysły na kolejne ujęcia. Każde musi być inne, wyjątkowe, odznaczające się od reszty. Raz kamera z góry, raz pod słońce, raz kręci się wokół osi. Wygląda to naprawdę imponująco. W czym największa zasługa operatora. Ale nie ma w tym żadnej dyscypliny i pomysłu na całość – jakby autor próbował wszystkie nagromadzone przez lata przygotowań do debiutu formalne pomysły wcisnąć w jeden projekt.
Jednocześnie filmowi brakuje pomysłowości w fabule. Jest statyczna, niemalże nieruchoma. Przeciągnięta w niepotrzebnych ujęciach, dialogach, nic-nie-dzianiu się, które również nie wynika z jakichś szczególnych neomodernistycznych upodobań. Jakby po prostu autor nie miał za wiele do powiedzenia i rozwadniał jedną myśl w kolejnych formalnych zabawach (a to podzielony ekran, a to alternatywne rzeczywistości, a to podbijanie emocji rytmiczną muzyką).
Jednocześnie autor, o czym zresztą wielokrotnie mówił, jest przeświadczony, że zrobił film szczególnie aktualny, na żywo niemalże komentujący tu i teraz. Na pierwszy rzut oka – faktycznie. Królestwo tworzą bojówki narodowe (a przynajmniej skinheadskie). Interesuje ich siła, braterstwo, dominacja. Ale to narodowcy z fantazji – trochę troglodyci, trochę brutale, ale w sumie dobre chłopaki, jeśli ich poznać bliżej. Cechomski stara się rozbrajać nasz lęk przed nimi, pokazując, że całe to napinanie mięśni to przykrywka. Że zamiast agresywnego techno głęboko w serduszku wolą słuchać Rihanny, w wolnych chwilach oddają się psychoterapii i tatuują imię matki na sercu. To pluszowe misie przebrane za GI Joe. Bardzo przyjemnie jest tak o nich myśleć. To przynosi pocieszenie. Tyle, że fałszywe.
Trochę, być może, jest w tym żartu, trochę naigrywania się z hipokryzji hipermęskości, trochę próba zdemaskowania etosu skrajnej prawicy. Ale taka polityczna strategia może prowadzić tylko w przepaść – bo rozbraja lęk przed tym, co w rzeczywistości jest groźne. Co jest autentyczne i faktycznie dzieła w naszej codzienności – w przeciwieństwie do artystowskich fantazji o ludziach, których wymyślił sobie reżyser. Wolałbym dostrzec w tych narodowcach emocje, które faktycznie ich napędzają. Otrzymałem natomiast pseudo psychoanalizę, udowadniającą, że to wszystko podszyte jest zwykłym strachem – i jeśli ten strach się obłaskawi (sesjami terapeutycznymi?), to wybiją sobie z głowy te całe nacjonalizmy. Przecież to napisanie mięśni, ta cała nienawiść jest taka niedorzeczna. Skąd im się w ogóle wzięła?! Na to film już nie odpowiada. Bo nikogo to nie interesuje.


Komentarze (0)