Kolejny dzień Nowych Horyzontów przyniósł pustynne rejwy, miłość na Islandii, hołd dla francuskiej nowej fali i stracone złudzenia.

Nowa fala, reż. Richard Linklater
Nie byłoby amerykańskiego kina niezależnego, mumblecore’u i Richarda Linklatera, gdyby nie Jean-Luc Godard i cała francuska nowa fala. Amerykanin udowadnia to, kręcąc w swoim stylu (długie dialogi, nieustannie chodzący bohaterowie) film naśladujący francuską nową falą. Koło się zamknęło. Rewolucja kinowa zamieniła się w restaurację starego porządku. Ale przecież wszystko jest cytatem, a najwięksi artyści kradną. „Nowa fala” chciała pokazać, jak rodziło się arcydzieło, a pokazała, jak kilku francuskich reżyserów wymyśliło kino na nowo. Kino „obowiązujące” po dziś dzień.
„Nowa fala” jest historią powstania „Do utraty tchu”. Wiemy, jak ta opowieść się zakończy, tym przyjemniej patrzy się na te zniesmaczone i zagubione miny wszędobylskich sceptyków, liczących na porażkę debiutującego i wyjątkowo zarozumiałego krytyka filmowego, któremu zamarzyło się kręcenie filmów. To nie jest klasyczny biopic. To nawet nie jest klasyczny film o filmie. To błyskotka dla kinofilów zakochanych we francuskim kinie z epoki. Tylko oni będą czerpać przyjemność z cytatów, kolejnych wielkich autorów przewijających się przez ekran. Reszta setnie się wynudzi i zniechęci deklaratywnym stylem podawania dialogów przez cała ekipę aktorską. Bo tu nikt nie rozmawia, nawet nie mówi, tu wszyscy deklamują i wygłaszają przemowy – gotowe do zanotowania w złotej księdze cytatów (cytowanych z innych złotych ksiąg cytatów). To erudycyjny podręcznik do nowofalowego stylu, a nie filmowa fabuła.
I jest w tym, rzecz jasna, żart i nieustannie podkreślana samoświadomość – zabawa i hołd składany filmowym bożkom Linklatera. Jest również sporo lekkości, humoru i mrugnięć okiem. Wystarczająco, by wywołać uśmiech na twarzy kinomaniaków, ale zdecydowanie za mało, by wszyscy widzowie bawili się równie dobrze. Ale kto by się przejmował wszystkimi.
Ocena: 6/10

Miłość, która zostaje, reż. Hlynur Palmason
Film rozpoczyna się od przedstawienia wszystkich bohaterów. Każda z postaci zostaje ukazana przodem do kamery, towarzyszy jej podpis z nazwiskiem odgrywającego ją aktora. Na równych prawach zostaje przedstawiony pies. Nie tylko dlatego, że jest równoważnym członkiem filmowej rodziny, ale reprezentuje świat natury, który Palmason szeroko odmalowuje – rasa ludzka zdaje się być tylko jednym z równych sobie gatunków przyrody.
„Miłość, która zostaje” opowiada o dość zwykłej rodzinie. Składa się na nią dziadek, trójka dzieci i rodzice, którzy się rozeszli, czego zresztą on nie potrafi zaakceptować. Palmason nie szuka żadnej fabuły, historii, dramaturgii. Opowiada pojedynczymi scenami, które zresztą refrenowo powracają. Często kręci je w szerokich planach, by umieścić swoich bohaterów na tle islandzkiego krajobrazu, wpisać ich w wszędobylską przyrodę. Człowiek nie tyle musi się podporządkować – on po prostu nie ma wyjścia, czego by nie robił, jest i będzie jedynie częścią większego porządku. Pozostaje mu akceptacja. Albo śmierć.
To bezwzględne prawo i wciąż dyszący na karku oddech powszechnej śmierci, wpisanej w porządek naturalny zostają oddane w sposób wyjątkowo delikatny. To film efemeryczny i niedookreślony. Jakby kruchy, wyślizgujący się z ram i zdecydowanych interpretacji. Dzięki temu jest tak pojemny i satysfakcjonujący. Nic tu nie jest na siłę, z konkretnego powodu, nic nie chce narzucać jednego odczytania i zmuszać do fabularnej wędrówki. Patrzymy na tych bohaterów trochę jak reprezentantów ludzkości, którzy wydają się najzwyczajniejsi na świecie. Kochają, żyją, są pełni rozczarowania, pragnień, nadziei i strachu. Są sterowani popędami: pragną seksu, czują macierzyński instynkt, są gotowi umrzeć za potomstwo. Dokładnie tak samo jak chroniąca swoje jaja gęś czy agresywny kogut chędożący wszystkie kury w kurniku.
To szerokie spojrzenie na ludzkość funkcjonującą na tle większej całości zostało przedstawione z wyjątkowym humanizmem. Pełne jest empatii, ciepła i zrozumienia. Jeszcze więcej jest tu miejsca na zaskakujący i rozbrajający humor, który udowadnia, że ludzkość jest jednak komiczna. I nie należy jej brać zanadto poważnie. Ostatecznie wszyscy jesteśmy tylko częścią przyrody, więc znajdźmy swoje miejsce i nie traktujmy siebie nazbyt serio. Jedyne, co w ten sposób należy traktować, to tytułowa miłość – bo to ona zdaje się być jedyną faktyczną siłą, która reguluje naszą egzystencję. Jest w seksie, rodzicielstwie, pasji i relacjach rodzeństwa. I w psie, kogucie i gęsi.
Ocena: 7/10

Sirat, reż. Oliver Laxe
„Sirat” to jednocześnie rave’owa impreza, kino postapokaliptyczne i arthouse’owa wersja „Mad Maxa: Na drodze gniewu”. Kino pełne pyłu, kurzu i zwątpienia. Wyjątkowo grobowa impreza po końcu świata, odbierająca wszelką nadzieję.
W pierwszej scenie anonimowe ręce układają wielkie, zakurzone głośniki. Zbierają się ludzie, zaczynają tańczyć do rytmicznego charczącego beatu. Jesteśmy w Maroko, gdzieś na pustyni, gdzie zjechały się odrzutki z całej Europy, by spróbować zawiązać wspólnotę tańca. W zabawie przeszkadza im wojsko, które każe się rozejść. Dochodzą do nas dalekie echa nacierającego konfliktu – nadciągającej III wojny światowej. W obliczu globalnej katastrofy jedyne co ma sens, to tupanie nóżka do równego rytmu, więc kilka samochodów odłącza się od konwoju i pędzi na złamanie karku na drugi koniec kraju, by imprezę rozkręcić na nowo.
Wśród uciekinierów jest ojciec i syn, którzy szukają krewnej, młodej dziewczyny, która podobno miała pojawić się na tym pustynnym party. Są niezłomni. Na równi z innymi suną do przodu. Ale to nie jest niezobowiązujący film o dobrej zabawie. Raczej o próbach zawiązania wspólnoty, stworzenie nowej wersji kontrkulturowej utopii – posthipisowskiej, pozbawionej ideologii. Chodzi o naszkicowania świata na nowo – świata, który właśnie wali się gdzieś daleko. Wydawałoby się, że da się uciec od całego brudu globalnych rozgrywek, żyć po swojemu. Ale Laxe jest sceptyczny.
Laxe gdzieś na końcu świata opowiedział film o moralnej powinności. Bo jeśli nie można uciec, to trzeba się zaangażować. Szukanie nowej utopii to mrzonka, pustynny miraż – tym groźniejszy, im wydaje się realniejszy. Hiszpan nie mówi „co”, ani „jak”. Nie mówi też, w jakiej sprawie. Ale jednego jest pewien – dystans jest złudzeniem. Gaza to nie moja sprawa, bo jest daleko? Naloty na Iran to dalekie echa tego, co może mnie spotkać? Bomby w Kijowie mnie nie dosięgną? Być może pole minowe jest bliżej niż nam się wydaje, a od śmierci dzieli nas tylko krok?


Komentarze (0)