50 najlepszych polskich filmów 2010-2019. Miejsca 46-50

2019 rok kończy lata 10. XXI wieku. To znakomity moment, by podsumować to, co działo się w polskim kinie przez ostatnie dziesięć lat. A działo się bardzo wiele. Polski film zgarnął Oscara, mieliśmy swoich reprezentantów w konkursach najważniejszych festiwali filmowych, a nawet otrzymywaliśmy na nich prestiżowe nagrody. W końcu ostatnie dziesięć lat to także znakomity czas pod względem popularności rodzimego kina i okres zwyżkujących statystyk frekwencji. Polskie kino jest cenione na świecie i lubiane w kraju. W tym czasie powstało znacznie więcej niż 50 filmów godnych uwagi, dlatego tę listę, która będzie sukcesywnie uzupełniana, potraktujcie jako przewodnik po najważniejszych tytułach mijającej dekady. Zapoznajcie się z filmami, które znalazły się na miejscach od 50 do 46.

50. (Nie)znajomi, reż. Tadeusz Śliwa

Stawkę zamyka film, który wciąż jeszcze jest wyświetlany w kinach, a przez wielu (w tym selekcjonerów Festiwalu w Gdyni) został zlekceważony z tego względu, że jest remakiem włoskiego hitu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Niesłusznie, bo to film świetnie korespondujący z polskimi lękami, świetnie naświetlający problemy rodzimej klasy średniej, dobrze zrealizowany i wybitnie zagrany. A to wszystko udało się dzięki nieznacznym scenariuszowym przesunięciom względem oryginału.

Recenzja: „(Nie)znajomi” to remake bijącego rekordy popularności (i liczb przeróbek) na całym świecie włoskiego hitu sprzed kilku lat – „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Ale wcale nie ogląda się go jak jakąś powtórkę z rozrywki czy niepotrzebną kalkę z polskimi aktorami. Dzieło Tadeusza Śliwy w zupełnie zaskakujący sposób wydaje się filmem wyjątkowo aktualnym, korespondującym z naszymi, polskimi problemami. Ale jego siłą jest również obłędna obsada oraz znakomite ucho reżysera do dowcipu i umiejętność splatania w nierozerwalny supeł humoru i dramatu. Czytaj dalej.

49. Słodki koniec dnia, reż. Jacek Borcuch

Jeden z niewielu polskich filmów, który wykracza daleko poza lokalny, polski kontekst. Borcuch wychodzi od doświadczenia bycia Polakiem, by opisać doświadczenie bycia Europejczykiem. Czyni to w sposób polityczny i bezpardonowy, ale przy tym daleki od uproszczeń i jednoznaczności. A do tego „Słodki koniec dnia” to znakomita rola Krystyny Jandy.

Recenzja: Jeżeli zgodzilibyśmy się, że istnieje coś takiego jak kino europejskie, to z pewnością należałoby zaliczyć do niego „Słodki koniec dnia” Jacka Borcucha. Chyba ostatnim polskim twórcą, który tak zdecydowanie wykroczył poza polski kontekst, był Krzysztof Kieślowski. Gest przekroczenia u Borcucha jest jednak szerszy, bardziej śmiały, by nie powiedzieć – zuchwały. Autor pokusił się bowiem o wyjątkowo zdecydowany komentarz polityczny do ważnych kwestii dla całego kontynentu – zarazem doraźny i uniwersalny, mocny, ale w żadnym razie nie jednoznaczny. Czytaj dalej.

48. Kamper, reż. Łukasz Grzegorzek

Jeden z tych filmów, który trafnie opowiedział o codzienności osób, których wcześniej na ekranach nie widzieliśmy. A do tego w niezwykle ciekawy sposób sportretował społeczno-gospodarcze realia Polski drugiej dekady XXI wieku. Tytułowy Kamper bywa antypatyczny i nieznośny, ale wielu z nas – mieszkańców dużych miast, borykających się z niespełnieniem i goryczą niechcianej dorosłości – może w nim odnaleźć cząstkę siebie.

Recenzja: Rzadko zdarza się w polskim kinie, by twórca tak jednoznacznie przyznawał się do stworzenia filmu o pokoleniu. W przeciągu ostatnich piętnastu lat napłynęło kilka fal nowych, młodych twórców, którzy chętnie opowiadali o własnych doświadczenia. Mariusz Front w „Portrecie podwójnym”, Łukasz Barczyk w „Patrzę na Ciebie, Marysiu” czy Piotr Szczepański w „Alei Gówniarzy” zdawali sprawę ze zbliżonych doświadczeń i portretowali podobnie niesprzyjające rzeczywistości zmieniającej się Polski. Łączyło ich ponadto wspólne przekonanie, że nie stanowią żadnej wspólnoty, a każdy z nich mówi tylko za siebie. Łukasz Grzegorzek przyjął inną strategię. Chciał zrobić ze swojego bohatera – tytułowego Kampera – rzecznika dzisiejszych trzydziestolatków. Jednak z jego filmu wynika coś zupełnie innego: młodzi Polacy są tak różni – posiadają odmienne pragnienia i dążenia – że trudno nazwać ich pokoleniem. Czytaj dalej.

47. Córka trenera, reż. Łukasz Grzegorzek

Łukasz Grzegorzek wydaje się być specjalistą od kręcenia filmów, których na polskim gruncie do tej pory nie było. „Córka trenera” to kino jakby importowane z amerykańskiego undergroundu – skromne, minimalistyczne, pozornie proste, a przy tym niebanalne. Historia słoneczna, pełna humoru i dystansu, ale skrywająca gorycz i cierpki posmak międzypokoleniowego konfliktu. Jeszcze nikt w polskim kinie tak ciepło i trafnie nie opowiadał o relacjach ojca i córki oraz trudach dojrzewania.

Recenzja: Łukasz Grzegorzek powrócił po bardzo dobrym „Kamperze”. Jego „Córka trenera” ma z jego debiutem sporo wspólnego, choć brakuje w niej trzydziestolatków cierpiących na syndrom Piotrusia Pana, małżeńskich zdrad i gier komputerowych. Jest za to nastoletnia tytułowa bohaterka, która postanawia w końcu przeciwstawić się swojemu ojcu, który już dawno temu skrupulatnie zaplanował jej życiową drogę. Grzegorzek ponownie zachwycił luzem i swobodnym, żartobliwym sposobem opowiadania o sprawach niezwykle poważnych i trafiających do serc każdego z widzów. Czytaj dalej.

46. Atak paniki, reż. Paweł Maślona

Gdy niektórzy zdążyli już postawić krzyżyk na polskich komediach, pojawił się „Atak paniki”, choć jest w nim tyle samo humoru, co dramatu – nie bez powodu film zaczyna się od realistycznie przedstawionego samobójstwa. Ale Maślona znakomicie zrównoważył tragizm i śmiech, przywracając wiarę w poczucie humoru polskich filmowców i udowadniając, że jest niezwykle sprawnym, a przy tym przenikliwym twórcą, świetnie czującym się w kinie gatunkowym.

Recenzja: Zaczyna się od samobójczego strzału w głowę. Krew chlusta, a mózg powoli ścieka po ścianie, co z upodobaniem śledzi kamera. Właśnie w ten obrazoburczy, wręcz oburzający sposób rozpoczyna się najśmieszniejsza i najlepsza polska komedia od lat! A dalej jest tylko mocniej, choć już znacznie, znacznie śmieszniej. Debiutant udowodnił, że da się opowiadać o naprawdę poważnych sprawach niepoważnym językiem, nie popadając przy tym w dodatku w śmieszność. „Atak paniki” to momentami bardzo czarna komedia społecznego niepokoju, która oferuje terapię śmiechową, niezbędną dla wszystkich mierzących się z bólem istnienia, ale również upierdliwym szefem, nierozumiejącą matką, presją przyjaciółek, wysokimi oczekiwaniami bliskich i setką mniejszych i większych problemów, mogących wywołać w każdym z nas tytułowy atak paniki. Czytaj dalej.