„Chopin, Chopin” i „Wielka Warszawska” to filmy z rozmachem, świetną realizacją, ogromnymi budżetami i scenografią na wysokim poziomie. To mogłyby być lokomotywy polskiego kina, filmy na które pogalopuje widownia. Chciałbym, żeby tak było, ale może w tym zaszkodzić to, co wydaje się w procesie produkcji najtańsze, ale najtrudniejsze – scenariusze.

Chopin, Chopin, reż. Michał Kwieciński
Film miał jeden z największych budżetów po 1989 roku. I to widać. XIX-wieczny Paryż wygląda przekonująco, kostiumy są piękne, wnętrza epickie – do tego wszystko to jest znakomicie oświetlone. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić. Ale przy takim rozmachu nie zadbano o to, co najtańsze – aczkolwiek najtrudniejsze. Czyli o przekonującą, porywającą, pełną emocji historię.
„Chopin, Chopin” to przykład filmu błyskotki, która pięknie opalizuje, kamera się kręci, robi piruety, tańczy, wygina się we wszystkie strony w długich ujęciach. To robi wrażenia – ale głównie manieryczności. Co jest efektowne, ale niekoniecznie wnosi cokolwiek do opowieści. Ostatecznie to przecież film o człowieku, a nie wnętrzach i strojach. To on powinien być w centrum – jego los, emocje, przekleństwo. Jest co prawda świetny aktor – Eryk Kulm – ale to wciąż za mało.
Bo film składa się z luźnych epizodów. Choć ułożone są chronologicznie, nie składają się w większą całość – nie ma tu spójnej historii, która ze sceny na sceny rozwijałaby się. Jest zbiór anegdot, różnorakich faktów w życia, ale brakuje głębi i psychologii. Człowieka. Ostatecznie więc mamy wrażenie, że niczego nowego o Chopinie się nie dowiadujemy – bo twórcy głównie koncentrują się na jego chorobie. A że zmarł na gruźlicę to wiedza powszechna. Nie potrzebujemy do tego gigantycznego budżetu i ponad dwugodzinnego filmu.
Ocena: 6/10

Wielka Warszawska, reż. Bartłomiej Ingaciuk
„Wielka Warszawska” domyka szulerską trylogię Jana Purzyckiego, rozwijaną w latach 80. – po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze” miała być „Wielka Warszawska”. Pod koniec PRL zaczęto realizować scenariusz (w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego), ale musiano ją przerwać z uwagi na brak zgody toru na Służewcu. Scenariusz więc przeleżał niemal 40 lat, czekając na właściwy moment. Dobrze, że udało się to odkurzyć.
A Ignaciuk go również przepisał, umieszczając akcję nie w końcówce lat 80., a w pierwszych – 90. To niby kilka lat, a przecież cała epoka. Historia zamieniła się w opowieść o transformacji i jej zagrożeniach. To był dobry zabieg, mafia, którą dzięki temu pojawiła się na ekranie, świetnie pasuje do tej szulerskiej historii. Dodaje do niej większej grozy i społeczno-polityczny komentarz.
Twórcy zadbali również o odtworzenie realiów epoki: nocne kluby, tory, warszawskie zakątki, stare samochody – to wszystko wygląda tak, jak powinno. Świetna scenografia idzie w parze z realizacją – kamera jest dynamicznie prowadzona, plany właściwie oświetlone. Widać w tym inscenizacyjny i realizacyjny rozmach.
Ale niedomaga to, co zwykle w polskich filmach – sama historia, której brakuje nerwu i dynamiki. Opowieść przechadza się raczej stępem, a nie pędzi galopem. Bardzo długo w tę opowieść wchodzimy, jeszcze dłużej zawiązuje się akcja, a jej rozwiązanie z kolei następuje niemal automatycznie. Nie czuć dramaturgii, wagi oglądanych wydarzeń, trudno identyfikować się z bohaterami – a przez to ich działania wydają się nieautentyczne.
„Wielka Warszawska” to heist movie, ale tego nie widać na ekranie. Cała intryga jest nieprzekonująca i mało wciągająca. A jej rozwiązanie niemalże niedorzeczne. Powinna zacząć się wcześniej, być prowadzona bardziej precyzyjnie i zostać pieczołowicie wyjaśniona w finale. Tu tego nie ma. Plan jest niejasny, zachowanie bohatera niewiarygodne, a intryga niezbyt sprytna. Ostatecznie zostajemy z poczuciem rozczarowania.


Komentarze (0)