50. FPFF #2 – Dobrzy, źli i starzy

W festiwalowych filmach dobro ściera się ze złem, a starość z młodością. I panuje ciągły remis. O tym również opowiadają poniżej komentowane filmy.

Franz Kafka, reż. Agnieszka Holland

Najłatwiej byłoby napisać, że to film kafkowski. Tyle, że to nie do końca prawda. Tu nie ma żadnego anonimowego Józefa K. Nie ma enigmatycznej biurokratycznej machiny, ani zniewalającego systemu. Są konkretni ludzie w konkretnych czasach – w epoce, w kulturze, w emocjach i myślach. Jest amalgamat tropów, rozliczne punkty widzenia, kalejdoskop wejrzeń w Kafkę – w mężczyznę, człowieka, artystę. I w Europę Środkową.

Film posiada strukturę mozaikową. To raczej suma spojrzeń, niż spójna historia. Dzięki temu można mieć wrażenia kompleksowości – jakby udało się spojrzeć z wszystkich możliwych punktów widzenia. Jest więc o relacja z ojcem i z kobietami. Jest o kontaktach z innymi artystami i z własnymi myślami. Jest o ambicjach, zahamowaniach, o pragnieniach i barierach. Jest też o micie – Kafce jako legendzie i eksponacie na wystawie.

Najmniej jest natomiast o pisaniu – o borykaniu się z materią formy, o karierze i zdobywaniu rozgłosu. Jakby to było najbardziej oczywiste – wszyscy przecież znamy jego legendę. Dlatego „Franz Kafka” wcale nie jest biografią – w tym sensie, że nie odtwarza biegu życia, węzłowych punktów w karierze. Skupia się na tym, co go ukształtowało, co było fundamentem dla tworzenia.

Tej mozaice towarzyszy świetne wyczucie formy, montażu i inscenizacji, idące w parze ze świetnymi rolami. To jeden z najlepiej wyreżyserowanych filmów Agnieszki Holland, która borykała się z niezwykle trudnym zadaniem. Bo jednocześnie wpycha widzów w konkretny czas, historyczne realia, artystyczną wrażliwość, ale jednocześnie od niej dystansuje – bohaterowie zwracają się wprost do widzów, spoglądają w kamerę, przełamują granice czasu i przestrzeni. Wszystko podporządkowane jest procesowi rozumienia – ale czy do zrozumienia prowadzi? Raczej do rozbicia i dezorientacji. Całe szczęście.

Ocena: 7/10

Zamach na papieża, reż. Władysław Pasikowski

Film otwiera scena kopiująca początek „Psów”, z tą różnicą, że nie rozgrywa się podczas komisji weryfikacyjnej, a na egzaminie na kartę rybacką. Grana przez Bogusława Lindę postać nie jest odpytywana, a tym razem odpytuje: „Czy jest w Polsce przerwa w sezonie na leszcza?”. Odpytywany doskonale wie, że w Polsce leszcze odławia się cały rok.

To jednak z najbardziej autoironicznych scen w polskim kinie. Pasikowski śmieje się z samego siebie – własnego mitu i stylu. Z tego, że Franz Maurer miał niby strzelać do papieża i z toksycznej maczo-męskości, której w jego twórczości nigdy nie brakowało. Dokładnie to samo robi Linda, który w swoim czasie nakręcił film o jakże dźwięcznym tytule: „Sezon na leszcza”. Po takim otwarciu trudno nie mrużyć przez cały seans oczu – wyłapując autocytaty i nawiązania, nie biorąc niczego na poważnie.

Ale po tym sztubackim wstępie dalej jest dokładnie tak, jak bywało zawsze – wtedy, gdy twierdzono, że Pasikowski nie ma poczucia humoru: na poważnie, szowinistycznie, po męsku. A ta męskość jest oczywiście w stylu maczo. Czyli wszystko po staremu – nawet trąbka gra tak samo jak zawsze. I nie potrafię przejść obok tej dezynwoltury obojętnie. Bierze mnie ona – bo widzę, że Pasikowski wie, że my wiemy, że on wie. I nic sobie z tego nie robi. Bawi się znakomicie, wtrącając nas w zakłopotanie. Bo u niego są wieczne lata 90. – i chce nas tam zabrać ze sobą.

I możecie mnie nazwać sentymentalnym pierdzielem, ale mnie to chwyta – lecę za Pasikowskim i Lindą, babrząc się w tej romantyce toxic-męskości, która – czego by się o niej nie mówiło – ma jakiś swój starty urok. Choćby dlatego, że wiemy, iż za wiele nam już nie zrobi. Że to tylko robienie min starych pryków, którzy ostatni raz zdołali napiąć muskuły.

A fabuła? No cóż. Właściwie mogłoby jej nie być. Niby jest zamach, ale to tak skromny materiał, że Pasikowski musi szyć z innych materiałów. Więc organizuje naprędce jakiegoś seryjnego mordercę, którego Linda musi gonić, zaprowadzając niczym szeryf porządek w małym miasteczku. I znów, jak w „Psach”, nie chodzi o intrygę, a o wartości – tak, jego Brusiński to były ubek (jak niegdyś Maurer), tak, jego metody działania bywają kontrowersyjne, ale to on okazuje się depozytariuszem wartości – wtedy dzielił i łączył jednocześnie wartości socjalistyczne z solidarnościowymi, dziś próbuje pogodzić wierzących i ateistów, prawicę z lewicą, papistów i antyklerykałów. Ma na to swój sposób. Wielu się nie spodoba – jak w czasie „Psów”. Jeszcze więcej wzruszy ramionami – kto by się przejmował staruszkami na emeryturze. Ale być może ktoś uzna, że to fajnie, iż komuś się jeszcze chce o coś walczyć.

Ocena: 6/10