Pierwszy dzień Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych przyniósł pojedynek filmów rodzinnych: po jednej stronie „Brat”, po drugiej rodzina z mieszkania na Dobrej. A do tego historia pewnej wycieczki do Budapesztu i opowieść o przyjezdnych z Ameryki Łacińskiej.

Capo, reż. Robert Kwilman
Jaki jest najlepszy dowód na to, że już nie jesteśmy prowincją? Taki, że są rejony świata, które traktują Polskę jako lepsze miejsce do życia. Po latach oglądania filmów o naszych rodakach smakujących trudów życia na obczyźnie, możemy spojrzeć na drugą stronę – na trudną dolę tych, którzy wybrali nasz kraj. Obraz Polski, jaki przedstawia „Capo”, nie może nas jednak napawać dumą. Jeszcze nikt nie przedstawiał naszego kraju od tej strony.
Od pierwszych chwil możemy poczuć się obco – jak grupka bohaterów, którzy po wyjściu z lotniska są poganiani: „szybciej, walizki, do samochodu”. Potem słyszą: „podpisujcie, paszporty, nie gadać”. Kolejnego dnia: „pracujcie, szybciej, dłużej, bez dyskusji i przerwy”. Polska to tylko szary krajobraz, obskurny hotel pracowniczy i brudne zakłady produkcji mięsa. Nic poza tym. Reszta jest zakazana – bez paszportu nigdy nie pójdziesz, grozi za to 10 lat więzienia. Tak mówi im Adrian, krajan bohaterów, którzy przybyli do naszego kraju z Ameryki Południowej, opiekujący się nimi w lewej firmie, wykorzystującej cudzoziemców.
To on jest tytułowym „capo” – takim samym więźniem jak oni, będącym jednocześnie oprawcą. Jak w obozach koncentracyjnych. Ta analogia jest być może zbyt mocna, ale na pewno posiadająca punkty spójne. Bo u Polaka-cwaniaka również pracuje się za darmo, w nieludzkich warunkach, jak w niewoli.
„Capo” jest filmem zdyscyplinowanym, podporządkowanym sprawie, konsekwencje podążającym za swoim bohaterem, który znalazł się w klinczu – między pozycją ofiary, a oprawcy. Który już wie, jak działa ten system, więc stara się jak najlepiej w nim rozgościć. To rzeczywistość brutalnej eksploatacji – globalnego kapitalizmu na sterydach: albo oni ciebie, albo ty ich. Dlatego przedstawioną w filmie sytuację można rozumieć również szerzej – jak metaforę globalnego porządku świata, skwapliwie podzielonego na eksploatujące centra i eksploatowane peryferie.
Dzięki temu film jest jasny i czytelny – wszędzie na świecie da się odnaleźć podobne relacje siły i nierówności. Przemocy w czystej postaci. Być może z tego względu filmowi brakuje nerwu dramaturgicznego – jest fabularnie dość oczywisty: szlachetny, ale jednocześnie banalny. Jak ostatnie filmy braci Dardenne, które – wiadomo – wynikają z głębi ich wrażliwości i niezgody na kryminalny porządek świata, ale które nie znajdują dla tej sprawiedliwej złości odpowiedniego wyrazu. Takiego, który faktycznie byłby w stanie nas przejąć – wyrwać ze stuporu, uśpionego przeźroczystą formą społecznego realizmu – uniwersalnego języka społecznego zaangażowania i niezgody na porządek rzeczy.
Łatwo zatem podczas seansu współodczuwać z oszukanymi bohaterami, ale jeszcze łatwiej wzruszyć na ich dramat ramionami – przecież znamy tę konwencję, widzieliśmy podobne filmy dziesiątki razy. Widocznie tak już musi być – brutalny kapitalizm ponownie tryumfuje.
Ocena: 6/10

Dziennik z wycieczki do Budapesztu, reż. Rafał Kapeliński
To film nakręcony dla zagranicznego widza. Zbyt łopatologicznie tłumaczący to, co dla każdego Polaka oczywiste – dlaczego na wycieczki zagraniczne nie jeździło się z dziećmi, dlaczego nikt na nich niczego nie zwiedzał i dlaczego ubierano się na „cebulkę”. Ale i dla nas coś się znajdzie. Bo to film, który bardziej niż dziennik przypomina pocztówkę – z początku lat 80.
Na pierwszy rzut oka przypomina „Zupę nic” – ta sama muzyka, kolory, klimaty. W sklepach pustki, na głowach tapiry. Wszechobecna zgrzebność. Ale Kapeliński nie chce romantyzować przeszłości, w której „było jakoś fajniej”. Nie było. Było podle, bez godności, bez nadziei – szczególnie w konfrontacji z zagranicą, gdzie żyło się zwyczajnie lepiej. Zwyczajniej.
To nie znaczy, że to kino do cna ponure. Wręcz przeciwnie – dziwnie lekkie, z ciepłem i subtelnym humorem. Ale jednocześnie niesamowicie gorzkie, przypominające o tym, że komunizm upadlał, zamieniał w kreatury człekopodobne, drugiej kategorii, którym trzeba pomagać, nad którymi trzeba się litować. Co było gorsze niż otwarta pogarda.
Jednocześnie Kapeliński opowiada o tym, że nie wszystko zawsze musi być polityczne. Że codzienność, rodzina, „zwykłość” to było właśnie to, czym żyli wtedy ludzie. Nie jadło się idei, nie ubierano nonkonformizmu. I właśnie to jest w „Dzienniku…” najciekawsze. Że te wszystkie wielkie zjawiska społeczne, zwroty polityczne są na drugim tle, mniej istotne, jeśli w ogóle. Na pierwszym jest to, co faktycznie się liczy. Że dziecko marznie, że się tęskni, że się czuje.
Słabszą stroną filmu jest jego tempo i dramaturgia. Spokojnie mógłby trwać pół godziny krócej, dzięki czemu otrzymałby nieco więcej werwy. I dramaturgii – bo niestety jej tu najbardziej brakuje. Bo choć są tu zalążki zwrotów akcji i odkrywanych tajemnic, to wypadają płasko, jadą w jednostajnym tempie – z prędkością zdezelowanego socjalistycznego autokaru.
Ocena: 6/10

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, reż. Emi Buchwald
Lepiej być razem czy osobno? Co to w ogóle znaczy: „być z kimś”? Kino podobne pytania zadawał niejednokrotnie, ale znacznie częściej w odniesieniu do relacji romantycznych. Emi Buchwald rozważa je natomiast w kontekście rodzeństwa – czwórki, którą wiążą silne, niekiedy może nawet zbyt mocne, więzy.
I niczego nie przesądza, nie ma recepty, nie ma dobrych odpowiedzi. W zamian ma dobro, miłość i czułość. Zrozumienie i obecność, które tak bardzo czuć i które tak bardzo zarażają. Po obejrzenia „Nie ma duchów…” można poczuć, że jest się odrobinę lepszym człowiekiem.
A jednocześnie to kino malutkie, skromniutkie, bez fanfar i zadęcia. Bliskie, codzienne, takie do rany przyłóż. A przy tym tak bardzo pomysłowe i w punkt. A to taka rzadkość w polskim kinie, kiedy widać, że twórca zwyczajnie wiedział, co robi, wiadomo, co chciał powiedzieć i dobrał właściwe środki, by to wyartykułować. Zawsze w sposób wyrazisty, ale nie tłumiący samej historii i bohaterów. A przede wszystkim – ich emocji.
Rzecz opowiada o czwórce rodzeństwa, których dynamika relacji jest różna. Są sobie tak bliscy, że nie rozumieją, jak ktoś potrzebuje odrobiny powietrza i samotności. Nie ma w tym jednak zaborczości czy przemocy, jest raczej troska i miłość. Każdy ma tu serce na dłoni, a i tak nie zawsze jest miło. W każdym domu czają się jakieś duchy. Warto je jednak wziąć na papierosa, zaprosić na śniadanie. Pobyć razem, okazać dobrą wolę, może się wyniosą. To najpiękniejsze egzorcyzmy jakie widziałem w kinie.
Ocena: 7/10

Brat, reż. Maciej Sobieszczański
Za bohaterami biegnie roztrzęsiona kamera – jak w interwencyjnym kinie dokumentalnym, jak w brytyjskich filmach społecznych. Taki rodzaj zdjęć stał się wizualną kalką – mówi: „patrz, jakie to autentyczne, to dzieje się obok ciebie”. Do tego dochodzą typy bohaterów: dwójka młodych braci, jeden kradnie, drugi się bije. Ojciec w więzieniu, matka nie daje sobie rady z rozrabiakami. Trochę patola, trochę codzienność blokowisk. I wizualnie, i fabularnie – kalka goni kalkę.
I tak jest przez cały film. Młody bohater jest krnąbrny, ale jednocześnie utalentowany. Musi być dojrzały ponad wiek, bo zastępuje małemu skazanego ojca. Matka? Matka, oczywiście, Polka. A „ten trzeci”? Też jest. To brakujący element, który wszystko naprawi, jeśli tylko czegoś nie zepsuje. Tak bardzo to wszystko jasne i oczywiste. Tak wiele razy eksploatowane. Aż szkoda na nie tak dobrej obsady, a szczególnie odtwórcy głównej roli – tytułowego brata.
Rzecz ma być, chyba, przede wszystkim o męskości. Tej toksycznej, która wyniszcza i rozlewa się na kolejne pokolenia. I tę leczącą, bliską, troskliwą. I że w szorstkości bywa czułość. I tym jak wiele znaczy ojcostwo. Jest w tym pomysł, a przy najmniej – temat. Na pewno potrzebny i warto przerobienia. Szkoda, że to wszystko jest po łebkach i wielkimi literami: figur ojca aż zbyt wiele. Przemoc jest zła, troska dobra. Tak podejrzewałem.


Komentarze (0)